Nic nie narzuca: dopóki dziecko znajduje sobie robotę, pozostawia je w spokoju, obserwuje, sam się odeń uczy — i dopiero wtedy, gdy maleństwo zwróci się do tego starszego towarzysza, albo już nie wie, co robić ze swoją samodzielnością, towarzysz występuje w roli czynnej. Ależ podobny sposób uczestniczenia w zabawie możliwym jest tylko w rodzinie — powie niejeden, jak to nam już nieraz mówiono. Przeważnie tak. Całkowite zadanie wychowania przedszkolnego realizowane bywa jedynie w otoczeniu rodzinnym — nie ulega to wątpliwości. Wiemy już od Froebla, że główną „ogrodniczką” powinna być matka. Jej tylko powierza on wychowanie dziecięcia, z warunkiem wszakże, aby nie poprzestawała na samym tylko instynkcie. Na łonie przyrody, na wolnym powietrzu, w zdrowej moralnej atmosferze rodziny kształtuje się przyszły człowiek. „Ogródek dziecięcy”, jako zakład publiczny, jest tylko pomocnikiem rodziny; uzupełnia on rodzinę, dodając ważny pod względem pedagogicznym pierwiastek, którego w niej braknie — towarzystwo rówieśników. Z tego niemal jedynego tylko stanowiska, w stosunku do dzieci, „ogródek dziecięcy” posiada pewną wartość, wartość nie lada jaką.